Give me love like never before

   Jest to out do jednego z shotów. Wiem, że raczej nie spodziewacie się tego typu rzeczy, ale postanowiłam go zrobić, bo wydawało mi się, że było zbyt wiele niedomówień, że zbyt wiele po prostu przemilczałam. Sądzę, że taki out to niezły pomysł. 
Mam zamiar zrobić dwuczęściowy out, tak więc... to jest część pierwsza.

Out zrobiony do: I can see the pain behind your eyes


Ed Sheeran- Give me love

~***~

Z punktu widzenia Louisa

   Czekałem z Harrym przed szpitalną salą, ściskając jego rękę. Nerwowo podrygując nogą, spoglądałem co chwila to na niego, to na zegarek, to na czubki swoich butów.
Cholernie baliśmy się tego, co nas czekało. Myśleliśmy, że jesteśmy gotowi, ale teraz zaczęły ogarniać nas wątpliwości.
 -Jesteś tak samo przerażony, jak ja? - zapytałem cicho Harry'ego, patrząc na niego z nerwowym uśmiechem. 
 -Potwornie się boję - odparł na to, ściskając mocniej moje palce na kilka sekund. 
 -Będzie dobrze - powiedziałem nie wiedząc, czy pocieszam siebie, czy jego. -Musi być dobrze.

   -Mogą panowie wejść - zawiadomiła nas uprzejmie pielęgniarka, patrząc na nas z dziwnie poważną miną.
   Weszliśmy na salę, na której leżała Sarah, nasza surogatka. Na piersi trzymała białe zawiniątko, owinięte czymś jeszcze- miękką warstwą niebieskiej gąbki usztywniającej. 
Nasze maleństwo, nasze pierwsze dziecko.
 -Hej, Sarah - przywitałem się, siadając na krześle przy łóżku. -Jak się czujesz?
 -Wspaniale - odparła, patrząc ze smutkiem na mnie i mojego męża. -Gorzej z waszą córką...
 -Córką - powtórzył głucho Harry, oszołomiony tym wszystkim. Zupełnie, jakby usłyszał wyłącznie to jedno słowo.
Ale ja się zaniepokoiłem.
 -Co jest nie tak? 
Zanim zdążyła mi odpowiedzieć, do pomieszczenia wszedł lekarz. 
 -Poproszę panów za mną, córką zajmie się odpowiedni lekarz i zespół pielęgniarski. To pilne. 

   Siedzieliśmy w gabinecie ordynatora szpitala, zdenerwowani jak nigdy wcześniej w życiu.
 -Więc chce pan nam powiedzieć... - zaczął Harry, marszcząc brwi. 
 -Proszę panów - przerwał mu lekarz. -Chcę panom uświadomić jedną rzecz. Trudną, prawda, ale muszą panowie nauczyć się z tym żyć... przynajmniej przez jakiś czas. Państwa córka ma nieuleczalną chorobę, powstałą na skutek niekontrolowanej i niezawinionej mutacji genetycznej. Jest to defekt kolagenu, nazywa się osteogenesis imperfecta. Jest kilka odmian tej choroby, ale pańska córka... - ordynator westchnął, pocierając skroń i patrząc na nas ze współczuciem. -Pańska córka ma typ drugi.
 -O czym to świadczy? - zapytałem ze ściśniętym gardłem. 
 -Cudem jest, że ona w ogóle jeszcze żyje.

   Szybko nauczyliśmy się z tym żyć. Nauczyliśmy się odpowiednio opiekować Madison, wiedzieć, co robić w danych sytuacjach, jak się z nią obchodzić. Cierpieliśmy z każdym jej złamaniem i ze strachem liczyliśmy dni, bojąc się, że stracimy ją lada chwila.
   Lekarze zorientowali się w ostatniej chwili, że coś jest nie w porządku. Sarah miała cesarskie cięcie- inaczej Maddie nie przeżyłaby porodu. Każdy medyk, który był obecny w życiu naszej córeczki mówił, że cudem jest, że jeszcze żyje- usłyszeliśmy to pierwszego jej dnia na tym świecie i towarzyszyło nam ciągle. 
Wytłumaczono nam dokładnie, na czym polega ta choroba i jak wygląda przebieg typu drugiego. Była to najgorsza z możliwych odmian tej choroby. Lekarze od początku mówili nam, że powinniśmy być nastawieni na najgorsze, że przeżyje najwyżej 72 godziny. 
Mylili się. 
   Zgodnie z prognozami, miało nam się urodzić zdrowe dziecko. Maddie przy każdym USG układała się w taki sposób, że nie można było zauważyć złamań, a obrazy przekroju czaszki nie wyglądały na nieprawidłowe. Wyglądała jak zdrowo rozwijające się dziecko. Nie liczyliśmy się więc z wszystkim, co musieliśmy szybko zaakceptować i zrozumieć- nie mieliśmy przygotowanego specjalistycznego sprzętu, żeby móc w ogóle zrobić przy niej cokolwiek, nie narażając jej na śmierć, nie robiąc jej krzywdy. Musieliśmy szybko zorganizować najpotrzebniejsze i niezbędne rzeczy oraz wynająć wyspecjalizowaną pielęgniarkę, która mogła się nią zajmować w sposób, w który nie wyrządzała jej żadnej krzywdy- i żeby mogła nauczyć tego również nas. 
Nie liczyliśmy się z taką powagą sytuacji, nie byliśmy na to przygotowani w najmniejszym stopniu. Nigdy nie pomyślałem, że moje dziecko będzie ryzykować złamaniem przy najmniejszym ruchu rączki.
Byliśmy zdruzgotani, bezradni i przerażeni.

   Mijały miesiące, a Madison ciągle nosiła coraz to nowe bandaże, usztywnienia, szyny i elastyczne gipsy. Spała w specjalnym śpioszku, dodatkowo otulona dopasowaną, grubą gąbką. Była delikatna i krucha jak chińska porcelana.
   Myślałem, że może jednak mamy szczęście, może będzie jedną z niewielu żyjących z OI typu II. Kiedy skończyła pół roku, oboje - ja i Harry - mieliśmy ogromne nadzieje.
Ale dwa miesiące później, w styczniu, nastąpił nasz prywatny koniec świata. 

   Wstałem w środku nocy po szklankę wody. Miałem koszmary; od wielu tygodni nie sypiałem zbyt dobrze. Harry oddychał miarowo, otulony kołdrą, kiedy wychodziłem na palcach do kuchni. 
Nie wynajmowaliśmy już pielęgniarki ani specjalistycznej opieki całodobowej, więc poszedłem sprawdzić, jak z Maddie. Często nocą przychodziłem do jej małego pokoju żeby sprawdzić, czy nie stała jej się krzywda, czy śpi spokojnie. Przychodziłem choćby po to, żeby popatrzeć, jak śpi. 
   Wszedłem prawie bezszelestnie do pokoju, podchodząc do łóżeczka. Od razu zdałem sobie sprawę z tego, że coś nie gra. Szybko włączyłem lampkę na etażerce i z przerażeniem spojrzałem na gąbkę dookoła mojej córeczki.
Była cała we krwi.
   Bez chwili zastanowienia wybiegłem na korytarz, dopadając telefonu na ścianie i wykręcając numer ratunkowy. W kilku zdaniach wytłumaczyłem dyspozytorce, co się stało- wysłała do nas karetkę na sygnale, uprzedzając ratowników o zabraniu koniecznego do pomocy sprzętu. 
Mój głos obudził Harry'ego, który zaspany wyszedł na korytarz, przeczesując ręką loki. Kiedy zobaczył mój przerażony wyraz twarzy, szybko wszedł do pokoju Maddie i podszedł do łóżeczka.
 -Złamanie otwarte - powiedział tępo, gapiąc się na małą.
   Może to dziwne, ale nie płakała. Madison prawie w ogóle nie płakała, licząc od samego urodzenia. Zupełnie, jakby jej ciałko wiedziało, żeby zwykłym wykrzywieniem ust, odgięciem główki i napięciem żeber nad płucami mogłaby zrobić sobie śmiertelną krzywdę. 
   Zanim przyjechała karetka, razem z Harrym postaraliśmy się zabezpieczyć paskudne złamanie. Podnosząc ją z łóżeczkaa w gąbce, usłyszałem trzask łamanej kości- pękł nadgarstek, wyginając się pod dziwnym kątem. Madison zakwiliła, a ja nie potrafiłem nic zrobić.
Kiedy przyjechali ratownicy, byłem jak pijany. Nie miałem pojęcia, co się dzieje- dookoła mnie migały obrazy, słowa odbijały się od niewidzialnej bariery, usłyszałem kilka kolejnych trzasków kości i karcący, niespokojny krzyk mojego męża, który instruował lekarzy. Pojechał z nimi razem do szpitala, a ja zostałem na środku jej pokoiku, patrząc na pokrwawioną gąbkę, rozrzucony biały kocyk i rozłożone bandaże. 

   Było po czwartej nad ranem, kiedy usłyszałem, jak otwierają się drzwi wejściowe. Siedziałem w fotelu w pokoju Madison, trzymając w rękach poduszkę i mnąc jej rogi. Gapiłem się w puste łóżeczko, licząc każdą sekundę przerażającej ciszy w domu.
   Harry wszedł do pomieszczenia. Miał na sobie spodnie od dresu, białą koszulkę i trampki- nic więcej nie zdążył na siebie założyć, biegnąc do karetki. Podszedł do mnie bardzo powoli i usiadł na podłodze, zamykając oczy i ukrywając głowę w ramionach.
Usłyszałem jego płacz.
   Z lodowatą furią rzuciłem poduszkę w ziemię i zerwałem się z fotela. Wyszedłem na korytarz i uderzyłem pięścią w ścianę, patrząc, jak osypuje się pył z tynku. Otarłem sobie kostki i prawdopodobnie solidnie je uszkodziłem, ale nie dbałem o ból fizyczny, kiedy psychiczny rozrywał mnie na cząstki nie większe od główki od szpilki. 
Spojrzałem w lustro przede mną. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że płaczę. Byłem biały jak kreda, pod oczami miałem ciemne kręgi, a usta mi drżały. Pokręciłem głową, kilka kosmyków włosów opadło mi na czoło. 
 -Harry... - wróciłem do pokoju naszej córki, słaniając się na nogach. To wszystko działo się tak szybko... -Harry, proszę, powiedz, że to nie jest prawda.
   Ale on tylko pokiwał głową.

   Żadnej osobie na świecie nie życzę, żeby doświadczyła bólu po stracie dziecka. Nic nie boli tak bardzo, jak strata osoby, którą się kocha.
Nic nie boli tak bardzo, jak patrzenie na jej śmierć, jak patrzenie na mękę każdego dnia jej życia.
Nic nie jest tak potworne jak chłodna świadomość tego, że koniec życia przyniósł twojej córce samo dobro, dobro i spokój. Ulgę.
   Pogrzeb był krótki i bardzo cichy. Było na nim zaledwie kilka najbliższych nam osób z rodziny, nikt więcej. Harry wypłakał się na ramieniu mamie i siostrze, ale ja nie miałem zamiaru z nikim dzielić swojego bólu.
Cierpiałem samotnie, trzymając to wszystko w sobie.
   Zapisałem się na lekcje boksu. Nie wiedziałem, dlaczego wybrałem akurat ten sport, ale ważne było to, że mnie zajmował, pozwalał mi się wyżyć i wyrzucić z siebie cały ból, gorycz, frustrację. Kiedy trzy razy w tygodniu wychodziłem zmęczony z sali treningowej i wracałem do domu, nie miałem siły myśleć o tym, że straciłem moją ukochaną, malutką córeczkę.
   Mijały godziny, dni, tygodnie. Miesiące. 
   To kłamstwo, że czas leczy rany. On tylko je zabliźnia, a one same po jakimś czasie ponownie się otwierają.
   Nic nie było łatwiejsze i wiedziałem, że nie będzie. Kłóciłem się z Harrym, odciąłem się od rodziny i przyjaciół, poświęcałem się sportowi i muzyce. Skupiałem się na wszystkim, co robiłem, stałem się perfekcjonistą. Nie potrafiłem już nawet normalnie rozmawiać z własnym mężem, nie umiałem spojrzeć mu w oczy. 
Nie potrafiłem się uśmiechnąć.
   Przez dziesięć miesięcy śniło mi się co noc to, co wtedy widziałem. Śniła mi się śmierć Maddie, prześladowała mnie. Obwiniałem się za to, chociaż podświadomie wiedziałem, że to przecież nie była niczyja wina, że nie mogliśmy temu zaradzić.
Madison po prostu machnęła we śnie rączką, wysuwając ją z gąbki. Doszło do złamania, które naderwało ścięgna, mięśnie i poważnie naruszyło żyły oraz nerwy. Nie było cienia szansy, żeby mogła z tego wyjść.
   Zawsze zgrywałem twardego i powtarzałem, że jesteśmy przygotowani na najgorsze. Dopiero teraz, rok po śmierci Maddie, zdałem sobie sprawę z tego, że okłamywałem siebie i wszystkich innych wokół. Że łatwiej byłoby mnie, nam obojgu, pogodzić się ze śmiercią córki choćby te 72 godziny po narodzinach, niż stracić ją po ośmiu miesiącach życia. 
   Zrozumiałem, że kochałem ją całym sobą i że zawsze tak będzie. Zrozumiałem też, że nigdy nie zobaczę jej uśmiechu, nie nauczę jej mówić, nie będę mógł patrzeć, jak ostrożnie bawi się z innymi dziećmi, jak dorasta, jak mimo poruszania się na wózku wybiera się na bal szkolny, jak jest ze swoim pierwszym chłopakiem, jak zdobywa dyplom ukończenia szkoły...
Ominęło mnie tak wiele z jej życia.
Ominęło ją całe życie.
   Trudno jest się z tym pogodzić, nie mówiąc o akceptacji tego faktu. Straciłem dziecko. Moja córka nie żyje. To są zdania, których nie da się wypowiedzieć na głos przez długi, długi czas, a które przypominają nam się ciągle, boląc jak zadry gdzieś w świadomości. 
Tego nigdy nie da się zapomnieć. 
Nie da się nauczyć tracić i przywyknąć do tego, że ktoś zniknął... i nigdy nie wróci.
   Czasem przeglądam zdjęcia, których tak dużo robiliśmy z Harrym, upamiętniając dosłownie każdy dzień z życia Maddie. Wiedzieliśmy, że kiedyś to się przecież skończy, ale nigdy nie byliśmy na to przygotowani.
I nigdy byśmy nie byli.
Nadal mogę oglądać naszą córeczkę na fotografiach, tak maleńką i kruchą jak lód. Mogę przypomnieć sobie, jak to było ją karmić butelką, jak woziliśmy ją do szpitala, jak opatrywaliśmy jej złamania i uszkodzenia drobnego ciałka.
Pamiętam wszystko zupełnie tak, jakby to działo się wczoraj, a nie równo rok temu. 
   Jej akt zgonu był ukryty głęboko, głęboko na dnie szafy, między teczkami z innymi papierami, których ani ja, ani Harry nie chcieliśmy nigdy tykać i oglądać. Zaświadczenia przyjęcia i wypisu ze szpitala, książeczki zdrowia, akty leczeń, zaświadczenia lekarskie... W osiem miesięcy Maddie nazbierała tego więcej, niż my dwaj razem wzięci w ciągu całego życia.
Nie chciałem patrzeć na świstek papieru, który mówił mi czarno na białym, cisnąc litery przed oczy: twoja córka nie żyje. To bolało, chociaż przecież byłem tego świadom. 
Cholernie świadom. 
I mimo, że nie chciałem trzymać w ręku tego aktu, dokładnie pamiętałem co było tam napisane. Dokładnie pamiętałem wszystkie dane mojej córki, które znalazły się na akcie urodzenia, jak i na tym drugim- dokładnie pamiętałem każdą sekundę z jej życia, w której uczestniczyłem.
Pamiętałem dokładnie, jak była piękna, jak wiele dała nam szczęścia i miłości, i jak bardzo była delikatna, krucha jak szkło. 
   Dlatego stojąc przed małą płytą nagrobną, patrząc na delikatne białe lilie położone pod nią, nie czytałem złoconych liter zamazanych przez łzy, tylko składałem je w słowa z pamięci.


Madison Sarah Tomlinson
08. 05. 2012 r. - 08. 01. 2013 r. 

"To piękne być dla drugiego człowieka aniołem, pomimo ułomności ludzkich skrzydeł"



3 komentarze:

  1. Kocham Cię, wiesz? Kocham, kocham, kocham, kocham, kocham. Za to, co napisałaś i napiszesz. To jest piękne, te wszystkie opisane emocje są takie prawdziwe. Idealnie można się wczuć w akcję, w to co przeżywają bohaterowie.
    Jestem ciekawa, co zawrzesz w drugim outcie. Pisz szybko. ;3

    OdpowiedzUsuń
  2. Niewiele napiszę, bo ledwie widzę klawiaturę. Prawie cały tekst ledwie widziałam.
    To straszne stracić kogoś bliskiego a zwłaszcza tak maleńkie dziecko.
    Genialnie to napisałaś.
    Nie mogę się doczekać tego drugiego shota, z Harrym w roli głównej.

    OdpowiedzUsuń
  3. napisałaś o moich uczuciach wiesz? czytałam to myśląc o mojej sytuacji. i podświadomie zamieniałam słowo: córka na słowo: mama. `J.

    OdpowiedzUsuń