I can see the pain behind your eyes

   Popłakałam się na zastępstwie za matmę, pisząc tego shota. Nie mam pojęcia, co mnie naszło na takie klimaty, nie mam pojęcia, dlaczego napisałam coś tak... pełnego bólu. Po prostu nie wiem.
Może to dlatego, że kiedyś spotkałam się z taką sytuacją.
Może dlatego, że bardzo mnie to rusza i nie wyobrażam sobie, jak miałabym żyć, radząc sobie z czymś takim.
Może z powodu mojej chorej głowy i naturalnego talentu do pisania "im smutniej tym lepiej"
   Pisząc to, słuchałam piosenki z linku. Sądzę, że każdy z Was, czytelników, powinien ją otworzyć przy czytaniu. Jest... piękna. Myślę, że bardzo dobrze ją wpasowałam, jeśli chodzi o tekst. 
    Shot jest przeraźliwie krótki, nawet jak na mnie. Ale sądzę, że zawarłam w nim wystarczająco dużo. Tak dużo, że nie liczy się jego ilość, ale emocje i uczucia, które są tam wpisane.
    Oddaję to Waszej opinii.

Pairing: Larry Stylinson
Ograniczenie wiekowe: Brak
AD: One Direction nie istnieje; Larry jest po ślubie i są ze sobą około sześciu lat; osiem miesięcy (czytając będziesz wiedział, co chciałam powiedzieć tym skrótem myślowym, czego nie dopowiedziałam w tekście)
Opis: Szczęście nigdy nie pozostaje idealne i niezmącone tak długo, jak byśmy chcieli


Glee Cast- Let Me Love You (Until You Learn To Love Yourself)

~***~

   Louis obudził się dwie minuty po północy, wyczuwając koło siebie puste miejsce. Usiadł na brzegu łóżka, przecierając oczy. W głębi korytarza paliło się światło, które wpadało przytłumioną poświatą do sypialni; to ono musiało go obudzić.
   Mężczyzna wstał, tłumiąc ziewnięcie. Prawie bezszelestnie przeszedł korytarzem, kierując się do ostatniego pokoju, w którym najwidoczniej był jego mąż.
Zawahał się przed wejściem. Nigdy nie wchodzili do tego pokoju. To był pokój wspomnień, pusty od roku.
   Zajrzał do pomieszczenia, ostrożnie przestępując próg. Młody chłopak siedział w ciszy w miękkim fotelu pod ścianą, z poduszką przyciśniętą do piersi. Zwiesił głowę, loki zakrywały mu twarz. Ramiona lekko drżały.
Louis podszedł do niego najciszej, jak potrafił, kucając obok.
 -Hej - powiedział łagodnie. -Nie mogłeś spać?
Lokaty pokręcił głową, pociągając nosem i biorąc drżący oddech. 
 -Boo, nie potrafię się z tym pogodzić - wyszeptał zachrypniętym głosem, podnosząc wzrok na swojego partnera.
-Harry... - starszy z nich westchnął ze zmęczeniem, siadając na ramie fotela i gładząc niepewnie dłoń chłopaka. -Nie wrócimy czasu. Dobrze wiesz, że to nie była niczyja wina i nie mogliśmy jej pomóc. Nie mogliśmy zrobić nic więcej niż to, co zrobiliśmy. Byliśmy bezradni, wszyscy byli bezradni. Było za późno.
   Zaczerwienione oczy Harry'ego ponownie wypełniły się łzami. Louis przytulił go mocno do siebie, odrzucając dzielącą ich poduszkę.
 -Harry, kochanie, wiem że to nie jest proste. Nigdy nie było i nie będzie - odsunął od siebie zielonookiego na chwilę i spojrzał na niego, ujmując jego twarz w dłonie. -Musimy się z tym pogodzić, zrozumieć to. Nie możemy rozpaczać bez przerwy, Curly, rozdrapywać tego na nowo co jakiś czas. To nam nic nie da, nie pomoże nam... ani jej. To nas wykończy - otarł kciukami łzy partnera. -To nam jej nie wróci.
   Harry delikatnie pokiwał głową i oparł ją w zagłębieniu szyi Louisa. Splótł ze sobą palce ich dłoni i milczał. Powoli zaczynał się uspokajać.
   Louis rozejrzał się po pokoju. Nie był duży. Przytulnie urządzony, pomalowany na delikatny beż. Pod przeciwległą ścianą stało łóżeczko z ciemnego drewna, w którym nadal był rozrzucony biały kocyk i przytulanka-króliczek. Obok stał przewijak, a z drugiej strony stolik z potrzebnymi rzeczami. Przy fotelu była niska etażerka z lampką nocną, obok której stała szafka z zapasowymi przyborami i kocykami. W rogu samotnie siedział ogromny pluszowy miś, patrząc na Louisa smutnymi czarnymi oczami.
Sam to wszystko urządzał. Wybrał meble, pomalował pokój, kupił wszystko, co było potrzebne. Tego wielkiego pluszaka dostali od siostry Harry'ego ósmego maja, jednego z najszczęśliwszych dni ich życia. Nie był dla nich.
Był dla niej. 
   Chłopak spojrzał na ścianę nad drzwiami. Nad ramą ozdobnymi, pełnymi zawijasów literami było wypisane imię. Malował to ręcznie przed długie godziny.
 -Maddie - szepnął Louis, odczytując złocisty napis. -Madison. 
Imię smakowało gorzko na jego języku, pełne smutku, żalu i niewypowiedzianej tęsknoty.
 -Chciałbym, żeby wróciła - usłyszał szept Harry'ego. -Przecież tak bardzo ją kochaliśmy, tak bardzo cieszyliśmy się, że jest z nami. Tak wiele jej daliśmy, a ona tak wiele dała nam. 
 -Była naszą małą córeczką. Widocznie ktoś na górze miał inne plany, niż my - Louis uśmiechnął się smutno, pamiętając pierwsze chwile, gdy trzymał ją w ramionach. -Daliśmy jej tyle, ile mogliśmy, Curly, tyle, na ile pozwolił nam czas. Daliśmy jej miłość, która nadal nam towarzyszy. I zawsze będzie - przymknął powieki, czując zbierające się w oczach palące łzy i ucisk w gardle. -Ale może czasami miłość to nie wszystko. Czasami jest za słaba, żeby zatrzymać kogoś przy nas. Jednak miłość pozwala nam na zawsze zatrzymać tego kogoś w nas, w naszych wspomnieniach. Ona nigdy nie zniknie, Harry - Louis poczuł łzę wymykającą mu się spod rzęs. -Maddie zawsze będzie obok, bez względu na wszystko.



1 komentarz:

  1. Zabiłaś dziecko?! Larry'ego?! Jak mogłaś?! Takich istotek się nie zabija! Nawet ja ich nie zabijam!

    Genialny shot. Krótki, ale genialny. I cholernie smutny. Mam cały make-up na policzkach, wiesz? Zawsze, gdy płacze Hazz, ja razem z nim. Nie wiem jak to robisz, ale piszesz genialnie i ja chcę pisać tak jak ty!

    OdpowiedzUsuń